Home Nasze podróże Grecja Do Grecji samochodem - I wracamy na północ

Tagi

Do Grecji samochodem
Do Grecji samochodem - I wracamy na północ
Wpisany przez Simon   
Poniedziałek, 05 Styczeń 2009 00:00
Spis treści
Do Grecji samochodem
I wracamy na północ
Z Sofi do domu i podsumowanie kosztów
Wszystkie strony
Powrót rozpoczęliśmy o dzień wcześniej niż to było w planach. Wszystko przez nagłą zmianę pogody. Nagle zrobiło się zimno i zaczęło padać. Deszcz lał przez całą noc i cały dzień i jeszcze pół kolejnej nocy, więc jak następnego dnia zrobiło się trochę cieplej i wyszło słońce to postanowiliśmy wysuszyć namiot i się zwijać z kempingu.

 

Z Gythio wyruszyliśmy prosto w kierunku autostrady z zamiarem dojechania na wieczór na "rivierę" olimpijską, gdzie mieliśmy przenocować. Plan udało się wykonać ale, chyba nie był to najlepszy pomysł. Wszystko przez tą "rivierę", a właściwie przez Leptokarię.

Leptokaria

Na "rivierę" dotarliśmy późnym wieczorem i najpierw szukaliśmy kempingu Olimpos Beach w Litohoro, który był wymieniony na liście kempingów zrzeszonych w Sun Club, na które mieliśmy zniżkę. Niestety kemping o tej porze roku i dnia był praktycznie wymarły i nie udało się znaleźć nikogo z obsługi. Nie było również żadnego czynnego sklepu, czy tawerny w pobliżu, a my byliśmy głodni i spragnieni. Udaliśmy się więc do Leptokarii celem znalezienia noclegu w hotelu. Pokój dostaliśmy w Hotelu Filoxenia Beach. Hotel nowiutki, pokoje bardzo przyzwoite, łóżko wygodne, obsługa międzynarodowa grecko-czesko-polska. I "tylko" kilka drobnych felerów - obok tory, tłok na śniadaniu, śniadanie tak nędzne, jak nie w Grecji (chociaż menadżer hotelu bardzo sie starał, dyrygował uzupełnianiem czystych talerzy, zmianą pustych półmisków, zbieraniem naczyń po skończonych posiłkach, a nawet przecierał własnoręcznie stoły), widok z okna... sami zobaczcie.

ThumbnailThumbnail 

Na kempingach w prawdziwej Grecji nad głowami mieliśmy winogrona, albo pomarańcze, w nocy szum fal i cykady. Na Rivierze widok na tory i kable urągające wszelkim przepisom BHP, i przejeżdżający dość często pociąg. Sama Leptokaria to takie Dźwirzyno, czy inna Jastrzębia Góra, tylko z gorszą plażą, torami kolejowymi pośrodku i autostradą obok. Oczywiście różnica jest taka, że jednak woda w morzu cieplejsza i większa gwarancja pogody. Dla nas jednak był to koszmar. Tak jak nie znoszę Dźwirzyna, czy Jastrzębiej w sezonie tak Leptokaria była czymś jeszcze znacznie gorszym pod względem nie tylko architektury, położenia, ogólnego syfu, ale również jakości usług gastronomicznych, zresztą całego ogólnego wrażenia. Co najbardziej zapadło w pamięci? Awanturka na placu tuż przy plaży. Namioty dość przewiewne raczej mało komfortowe, za to wieloosobowe. Zdaje się, że przywiezieni tam turyści spodziewali się raczej czegoś innego. W pasażach gastronomiczno- handlowych wątpliwej jakości pamiątki, gyros gorszy niż na Centralnym i mnóstwo turystów różnej narodowości o specjalnym upodobaniu do strojów typu dres....Nie wiem jak to opisać i lepiej może opisywać nie będę, bo się mogę komuś narazić ;) Możecie sobie obejrzeć galerię.

Tak czy inaczej "rivierę" postanowiliśmy od tej pory omijać szerokim łukiem... być może nawet przez Anconę lub Wenecję jeśli przyjdzie nam znowu jechać do Grecji. 

Bułgaria

Z Leptokarii wyjechaliśmy najszybciej jak się dało czyli ok. 10 rano. Nie jechaliśmy autostradą gdyż postanowiłem się przejechać do Loutro - wioski niedaleko Alexandrii, gdzie kilkanaście lat temu spędziłem wspaniałe wakacje zbierając brzoskwinie u Filipa. Po drodze w Katherini zrobiliśmy jeszcze wielkie zakupy fety, retsiny i taramosalaty. Zakupy, jazda po podrzędnych drogach i wizyta u Filipa sprawiły, że zmitrężyliśmy całkiem sporo czasu i na autostradę w Polykastro wyjechaliśmy dopiero ok. 2 po południu. A tam!!!.... ZONK!!. Na autostradzie stoi sobie policja i nas zatrzymuje. Okazało się, że na wszystkich przejściach granicznych z Macedonią trwa strajk i trzeba jechać przez Bułgarię. Policjant skierował nas na Kilkis. Oczywiście zamiast przed Kilkis skręcić na północ drogą omijającą góry, my pojechaliśmy prosto. W ten sposób czekała nas dodatkowa atrakcja przejazdu przez całkiem piękny masyw górski porośnięty lasem, drogą, która wyglądała jakby miała się skończyć za następnym zakrętem. Lepiej nie myśleć, co by się działo, gdyby np. autko odmówilo współpracy!!!Przez kilkadziesiąt kilometrów nie spotkaliśmy ani samochodu ani nawet ludzkich zabudowań.... ale trasa była piękna. Nie spodziewałem się, że w Grecji mogą istnieć takie zadupia. Po przejechaniu gór trafiliśmy nad ogromne jezioro (Kerkiris). Jeszcze większe chyba, niż Dojrańskie. Kilkanaście kilometrów dalej była już autostrada do Bułgarii. Niestety w Bułgarii autostrady już nie było.

Czytając fora internetowe przed wyjazdem, wiele było rozważań pt. czy jechać przez Serbię i Macedonię, czy może przez Rumunię i Bułgarię. Myślę, że mogę odpowiedzieć na ten dylemat dość jednoznacznie - Serbia i Macedonia jest OK. Bułgaria jest tak bardzo NIE-OK, że Rumunii wolałbym juz nie testować. Droga od granicy do Sofii to koszmar. Fakt, została wyremontowana i asfalt jest gładki, ale nadal jest to zwykła dwupasmówka z ogromną ilością wioch po drodze i bardzo zatłoczona. Co kawałek miejsca "jedzeniowe" charakteryzujące się śmierdzącym dymem i dziwnym towarzystwem latającym wzdłuż i w poprzek drogi. Do tego wszystkiego co kilkanaście kilometrów stały misiaki w krzaczkach i suszyli. Tu też jakaś niezgodność w zeznaniach forumowych, suszyć rzekomo mieli w Serbii.

Sofia a raczej jej obwodnica to jakiś koszmar. Dziury, korki, fatalne oznakowanie. Widoki ciekawe; np. po prawej blokowiska, po lewej slumsy. Za Sofią nareszcie szeroka pusta droga do samej granicy Serbskiej..



Zmieniony: Poniedziałek, 06 Lipiec 2009 18:39
 
M & S, Powered by Joomla!;

\
linki doskonałej jakości porcelana Lubiana do domu i restauracji