| Wpisany przez Małgosia |
Kair Po pierwszej wizycie w Kairze mówiłam, że raz wystarczy... a byłam już trzy. Tak jakoś wyszło. Co innego gdyby pojechać tam na własną rekę. Poznanie prawdziwego Kairu byłoby z pewnością nie lada przeżyciem, chociaż podobno bywa niebezpiecznie. Biura oferują zawsze to samo. Oczywiscie piramidy. Zawsze podoba mi się tłumek tłoczący się na głównym punkcie widokowym. A wystarczy odejść kilkadziesiąt metrów, żeby zrobić sobie fajne zdjęcia z piramidami, takie jakby nikogo wokół nie było. Po zejściu pod same piramidy też można znaleźć miejsca bez tłoku. Potem Sfinks. Oczywiście wszędzie trzeba uważać na oszustów. Nie wsiadać na wielbłąda, bo można się za chwilę znaleźć na pustyni, a powrót do oczekujacego autokaru może nas drogo kosztować. Chętnie pozujący do zdjęć tybylcy też za chwilę zażądają zapłaty. Omijać szerokim łukiem naszych egipskich przyjaciół, którzy z czystej sympatii do Polski wciskają nam w ręce suveniry. Albo zaraz będą oczekiwać odwdzięczenia się, albo wręcz zjawią się w autokarze, z awanturą, że za coś nie zapłaciliśmy. Z kolejnych atrakcji, to oczywiście Muzeum Narodowe. Kolejki do wejścia jak w PRL-u przed mięsnym. Trzeba przyznać, że zbiory bogate, przewodnicy prześlizgują się tylko po najważniejszych eksponatach. Kiedyś można było robić zdjęcia (bez lampy) we wnętrzach. Teraz jest nawet zakaz wnoszenia aparatu. Przychodzi człowiek z kartonem i zbiera sprzęt jak leci. Oj, ma się duszę na ramieniu, czy po wyjściu uda się odebrać aparat i czy własny! Z atrakcji oferowanych przez biura to jeszcze Cytadela, spektakl pod piramidami światło i dźwięk, rejs feluką po Nilu (podobał mi się, zwłaszcza wieczorową porą). I oczywiście nieodłączny element wycieczek fakultatywnych (którego szczerze nienawidzę- zupełna strata czasu) wizyty w sklepach; wytwórnia papirusów, jubiler, perfumeria - "jedyna", w której kupicie oryginalne, niepodrabiane zapachy... Haha. Aha, jak jestesmy przy zakupach to jeszcze obowiązkowy bazar. Ale właśnie bazar jest fajny. Nie koniecznie musimy robić zakupy, chociaż to dobre miejsce na zaopatrzenie się w pamiątki, trzeba się tylko ostro targować. Warto przejść się, poogladać towary, sprzedawców, podejrzeć jak doskonałą sztukę wciskania towaru posiedli. W każdym razie bazar jest klimatyczny, mam tam swój ulubiony sklepik ze starymi lampami. Ciekawostka kairska to tzw. Miasto Umarłych, które widzi się tylko z autokaru i nikt nie poleca się tam zapuszczać. Wszędziedzie góry śmieci, a przecież mają dookoła tyle piachu, gdzie możnaby je zakopać. Jeden z turystów wyraził się, że nawet by mu się tu podobało, bo jakby żona kazała iść z kubełkiem wystarczyłoby wyrzucić za okno. Z obserwacji socjologicznych, to zawsze podziwiam laski, które na taką wycieczkę jadą wystrojone w szpilki i niewiele zakrywające spódniczki. Jak wiadomo każdej wycieczce towarzyszy policjant turystyczny, wprawdzie w garniturze i pod krawatem, ale z bronią za paskiem. Nasz policjant w czasie rejsu po Nilu nagrywał komórką taką właśnie laskę, która usiadła sobie na pokładzie statku beztrosko pokazując to, co miała pod spodnicą. A ile potem było radości, jak pokazywał nagranie kierowcom i innym kolegom po fachu. Inna ciekawostka, to grupka wyrostków stojąca na moście, w czasie kiedy przepływał nasz stateczek. Machali bronią (na szczęście zabawką) i krzyczeli "fuck you". Takie to, ciekawe kairskie klimaty. A nasza przewodniczka (Polka) mieszka tam od lat. Przyjechała, zakochała się w Egipcjaninie i została. No cóż, można i tak. Na mnie Kair robi wrażenie miasta, którego nikt nigdy nie sprzatał. Może to i problem braku opadów deszczu. U nas jak popada, to zawsze trochę spłukane. Tam budynki, nawet pięciogwiazdkowe hotele są szare i zakurzone. Gdyby nie ruch uliczny to miasto przedstawiałoby obraz, jak po bombie atomowej. W każdym razie wycieczek fakultatywnych do Kairu już mi wystarczy. Może jeszcze kiedyś, jeśli zdecydujemy się na rejs po Nilu, ale wtedy raczej szukałabym alternatywnych sposobów zwiedzania.
Komentarze (0) |
