Kreta samochodem

Samochodem na Kretę dostać się można z Pireusu promem. Nie jest to nic skomplikowanego, wystarczy jeszcze w Polsce kupić sobie bilet na stronie www.ferries.gr.

Jeśli chodzi o połączenia to jest w czym wybierać, promy pływają do Iraklionu, Rethymnonu i Chanii. Ceny są zależne od standardu i szybkości promu. Główne kryteria wyboru w naszym przypadku to były: cena i nocna pora płynięcia. Padło na Elyrosa z Anek Lines. Za bilet dla dwóch osób na decku i samochodu zapłaciliśmy 146 euro.  Prom, który wypływa z Pireusu o 22:00 do Chani dociera na 6:00 o poranku.

Bilet zakupiony w Polsce trzeba odebrać w Pireusie w biurze przewoźnika, którego się wybrało. Potem pozostaje tylko przedrzeć się przez korek do odpowiedniego pirsu. Na pirsie trzeba być dwie godziny przed wypłynięciem. Najpierw na prom wjeżdżają ciężarówki ,a potem dopiero małe pojazdy. Podróż na decku kojarzyć się może z drewnianymi ławkami na otwartym pokładzie. Tak może być jeśli się bardzo chce. Większość ludzi zaraz po wejściu na prom wędruje w górę i właśnie w takie miejsce dociera. Ja radzę udać się jednak do restauracji na dziób. Jak się odpowiednio wcześnie tam trafi to można sobie zająć bardzo wygodną kanapę i spędzić podróż w wygodzie i ciszy. To ważne, gdy się płynie nocą i człowiek chce sobie trochę kimnąć. Ze spaniem nie ma się co krępować, wszyscy prędzej czy później pokładają się w zupełnie nieprawdopodobnych miejscach.. kanapa w restauracji jest w takim przypadku zazdrośnie strzeżonym luksusem. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby sobie wykupić kabinę.

Chania i Balos

We wrześniu o 6 rano na Krecie jest ciemno. Wyjechaliśmy więc w ciemność i okazało się, że Chania, to nie Chania tylko Souda i do Chani trzeba jakoś dojechać. Po kilkunastu minutach błądzenia udało się odnaleźć Chanię, a nawet miejsce, gdzie zaczyna się stare miasto. Na szczęście o tej porze z miejscem do parkowania problemu nie było. Wydawało by się, że o takiej porze miasto powinno budzić się do życia. Ja jednak miałem wrażenie, że owszem częściowo to ono się budzi, ale w większym stopniu raczej nazwałbym to kończeniem się wieczoru. Sporo młodych ludzi po nocnym balowaniu wracało wtedy do domów (hoteli) zahaczając o nieliczne, czynne 24h lokale z przekąskami. Dopiero po wschodzie słońca nastąpiła prawdziwa pobudka, rozpoczęło się polewanie i zamiatanie chodników, otwierały się kawiarnie. To najlepszy moment na obserwację prawdziwego greckiego folkloru. Na przykład wspomniane kawiarnie, czy gdzieś indziej na świecie otwiera się kawiarnie o 7 rano, jeszcze przed otwarciem sklepów? W Grecji właśnie tak jest, gdyż Grecy jeszcze przed pójściem do pracy mają w zwyczaju wypić kawę i bynajmniej nie robią tego w domu.

{highslide}chania1.jpg&captionText:’Jutrzenka..'{/highslide} {highslide}chania2.jpg&captionText:’Chania o świcie'{/highslide}

Chania to drugie co do wielkości miasto na Krecie. Z ciekawszych zabytków do obejrzenia to: meczet Hassana Paszy, forteca Firkas i latarnia przypominająca minaret. Poranne zwiedzanie Chanii ma wiele uroków; prawie pusto, poza wymienionymi wyżej wczorajszymi imprezowiczami, nieliczne psy i raczej liczne koty, cisza i spokój, ciekawe światło przy wschodzącym słońcu. Przewodniki polecają oglądanie nieczynnego już portu wewnętrznego, jak dla mnie, najciekawsze są uliczki Chanii. Wąskie, kolorowe, z roślinnością i spacerującymi kotami. Małe pensjonaty i hoteliki, śpiące jeszcze o tej porze, są nawet specjalne apartamenty na miesiąc miodowy:)

Chania jest warta poświęcenia 2-3 dni, z pewnością klimat wieczorny również jest wart zakosztowania, ale nam się spieszyło dalej. zjedliśmy szybkie śniadanko, czyli bułki z serem i szpinakiem, popiliśmy kawą i ruszyliśmy na zachód. Po drodze miał być zamek w Kissamous, który jakimś cudem udało nam się przegapić. Zrobiliśmy tylko tankowanie autka i zaczęła się przygoda z Balos. Przewodniki raczej milczą na ten temat. Trafiliśmy przypadkiem na tablicę z reklamą: niesamowite wrażenia, bajeczna laguna…. no, to trzeba zobaczyć. Drogowskazy pokazywały właściwy kierunek, tylko niestety znośna droga skończyła się bardzo szybko. Wjechaliśmy w coś, po czym właściwie ganiają tylko kozy, za nami podążał z pewną trudnością fiat panda. Pozwoliliśmy się wyprzedzić na którymś z postojów na robienie zdjęć (piękne widoczki, wysoki klif, kozy). Koszmarna droga to ok. 12 km. Dojeżdża się do miejsca, gdzie trzeba zostawić samochód, bo dalej się nie da. Zabraliśmy potrzebne rzeczy, czyli głównie aparaty i sprzęt do pływania i w towarzystwie krążącego nad głowami orłosępa ruszyliśmy z ciekawością dalej. Trochę się schodzi, nawet dość wygodnym szlakiem, aż wreszcie oczom ukazuje się przepiękny widok na reklamowaną (całkiem słusznie) lagunę!!!

Opowiedzieć trudno, należy zobaczyć osobiście. Zejście (teraz już z pięknymi widokami), zajęło jeszcze parę minut. Ciepło, więc najpierw udaliśmy się do jedynej tawerny na piwo. A potem przystąpiliśmy do degustacji wszelkich uroków laguny. Coś pięknego!!!! Zatoka oddzielona od morza naturalnym falochronem, na granicy skałki wyglądu pozaziemskiego, oczka wodne z krystalizującą solą i całkiem rozłożysta laguna, pusto, piękne kolorki, w większości płytko, w miejscach głębszych ciekawe rybki…. I taka bajka przez kilka godzin. Bajka kończy się, jak zaczynają przypływać statki z turystami, którzy też chcą skosztować uroków rajskiej laguny. Stonka wylewa się z pokładów i to najwyższy czas na ewakuację. Jak zwykle, droga w górę trochę trudniejsza, na miejscu okazuje się, że parking pełny, i kozia droga raczej nie dla wszystkich straszna. Piwo i zimny arbuz, mały odpoczynek i zjeżdżamy na dół. Dla zainteresowanych i oszczędzających samochód: wycieczka statkiem kosztuje 22-25EUR (bez dodatkowych kosztów typu lunch i napoje) i niestety lagunę odwiedza się w tłumku współpasażerów. Ja polecam drogę trudną dla samochodu i trochę męczącą. Warto pobyć na Balos bez zbędnego towarzystwa:)

Zmęczeni wrażeniami i trochę podróżą postanowiliśmy jechać prosto w miejsce planowanego pierwszego postoju na Krecie. Mimo, że po drodze są ciekawe wioski jak Topolia z kościołem z końca epoki bizantyjskiej, czy Elos, w której w październiku świętuje się zbiory jadalnych kasztanów oraz można obejrzeć ruiny tureckiego akweduktu i XIV- wieczną bizantyjską kaplicę. I tak w godzinach popołudniowych dojechaliśmy do Paleochory.


 

Paleochora

Paleochora to wioska częściowo rybacka, częściowo wypoczynkowa. Najpierw szukaliśmy kempingu. Z lokalizacją nie było problemu, za to ani miejsce, ani „klimat” nie spodobał się nam szczególnie. Kemping położony jest wprawdzie przy prawie pustej plaży (kamienistej), za to niestety bardzo daleko od wszystkiego, czyli jedzenia, portu, sklepów. Objechaliśmy jeszcze okolice drugiej plaży, mniejszej, piaszczystej, bardziej zatłoczonej, z leżakami i parasolami, ale też jakoś nie wydało nam się ciekawie. W końcu postanowiliśmy wjechać bliżej portu i znaleźć coś na piechotkę. I to okazał się dobry pomysł. Znaleźliśmy pokój w pensjonacie, praktycznie minutę piechotą od portu. Cisza, bo pensjonat w podwórzu, za to tuż za bramą ulica z tawernami, sklepami, biurami wycieczkowymi itd. Za pokój z łazienką, lodówką, klimatyzacją i balkonem, płaciliśmy po 30 EUR za dobę. Po drobnym rozpakowaniu i zaparkowaniu samochodu na podwórku udaliśmy się na miasto, aby po pierwsze zorganizować sobie dzień następny i po drugie coś zjeść.

Pierwsze poszło szybko, kupiliśmy bilety na Elafonisi; łódź w obie strony 30 EURO za dwie osoby. Trudniej było z jedzeniem. Tawern tam całe mnóstwo, zarówno w porcie, jak i w bocznych uliczkach, potem okazało się, że jedną mamy w podwórku. I co ciekawe, tak była osłonięta roślinnością, że wcale nieuciążliwa nawet jeśli chciałoby się posiedzieć wieczorkiem na balkonie. Tak więc wybór był niełatwy, tym bardziej, że nie do końca byliśmy zdecydowani co chcemy zjeść. Zdecydował kot. Po dość długim spacerze w poszukiwaniu tej właściwej restauracji, dojrzałam w jednej śpiącego kota. Był niezwykłej urody i mocno wypasiony, a jak wiadomo lubię tłuste kotki. Młody, sympatyczny kelner usadził nas przy stoliku i się zaczęło:) Jedno z fajniejszych jedzonek tego wyjazdu. Tak jak uczciwie zaznaczyliśmy kelnerowi, że zostajemy tu z powodu kota, tak uczciwie przyznaję, że z powodu smakowitości jedzenia, przez trzy dni pobytu w Paleochorze wieczorami odwiedzaliśmy to samo miejsce. Tawerna nazywa się Knossos, oprócz kota charakteryzuje się wystrojem z dominującym kolorem czerwonym, a przed wejściem powiewa sobie sztuczny, czerwony płomień czerwonego znicza. Potrawy nie zawiodły nas ani razu, dość obfity posiłek dla 2 osób z dodatkiem Retsiny, to wydatek rzędu 25 Euro. Polecam to miejsce, a jeśli ktoś skorzysta z rekomendacji, bardzo proszę pogłaskać ode mnie kotka.

Elafonissi

Drugi dzień, to wycieczka na Elafonissi, maleńką wysepkę z piękną laguną, na którą płynie się z Paleochory około 1 godziny. Elafonisi to trochę inne wydanie Balos. Elafonissi znaczy „wyspa jeleni”. Jeleni, nie licząc nas i innych turystów jednakowoż się tam raczej nie spotka. Niestety o samotności nie ma co marzyć, miejsce jest dostępne i z wody i z lądu, gdzie na parkingi dojeżdżają nie tylko osobowe auta, ale także autokary. We wrześniu było dość tłoczno, aż nie chcę sobie wyobrażać co dzieje się tam w pełni sezonu. Po godzinnym rejsie byliśmy trochę głodni. Nie chcieliśmy korzystać z proponowanych przez bary przy plaży przysmaków typu chipsy i hamburger.

Trzeba ominąć parkingi i udać się kawałek pod górkę, gdzie w opuncjowym ogrodzie z widokiem na lagunę, w ciszy i spokoju można zjeść bardzo dobry, grecki posiłek, napić się kawy lub czegoś zimnego. Posileni dobrym śniadaniem, zeszliśmy poszukać miejsca do spędzenia reszty dnia. Okazuje się, że większość odwiedzających Elafonisi gromadzi się w niedużych odległościach od barów i w bliskości leżaków do wynajęcia (7 euro za dwa leżaki i parasol). Wystarczyło przejść kawałek dalej, żeby znaleźć miejsce tylko dla siebie, osłonięte skałkami, z łatwym dostępem do wody. Polecam zanurzyć głowy pod wodę, ciekawe rybki, łączki, zatoczki. Warto też bliżej przyjrzeć się roślinności na wysepce. We wrześniu kwitły niesamowite kwiatki, białe i delikatne i co ciekawe, wyrastały sobie w dziwnych miejscach np. na ścieżce prosto z piasku.

Pomiędzy parkingami, a właściwą plażą można natknąć się na coś w rodzaju ścieżki przyrodniczej i poczytać sobie o występujących tam gatunkach roślin i zwierząt oraz między innymi to, że piasek na Elafonissi jest pod ochrona i nie należy zabierać go na pamiątkę… kto zabiera piasek na pamiątkę??? Urokami Elafonisi cieszyliśmy się do godziny 16.

Potem godzinny rejs powrotny. Znowu organizacja dnia następnego, czyli zakup biletów na autobus do Samarii i wieczorne jedzonko. Na wycieczkę do wąwozu trzeba było się trochę przygotować, no i wyspać, bo autokar odjeżdżał o 7:30.


 

Samaria

Wąwóz Samaria to jedno z miejsc typu TOP10 na Krecie, czyli coś o czym każdy wie, że zobaczyć trzeba i o którym przeczytacie w każdym przewodniku. Jest to również jedna z  podstawowych wycieczek fakultatywnych oferowanych przez biura podróży. Dlatego o samym wąwozie rozpisywać się nie będziemy. W paru słowach – jest piękny i warty odwiedzenia. Natomiast warto przedstawić tu kilka porad praktycznych.

Dojazd. Oczywiście najłatwiej wykupić fakultet i wtedy zostanie się dowiezionym na miejsce i wywiezionym z powrotem. Warto jednak wiedzieć, że kosztuje to ponad dwa razy więcej niż samodzielny wyjazd. Ludzie, których spotkaliśmy płacili za taki fakultet 60euro za osobę i jeszcze musieli sami zapłacić za wstęp na teren parku narodowego po 5 euro. Tymczasem przejazd autobusem turystycznym kosztuje 12euro za osobę. Tyle samo trzeba zapłacić za prom kursujący od Chora Sfakia do Paleochory, który zatrzymuje się w Agia Roumeli (wejście do wąwozu) i w Sugii. Autobusy dowożą ludzi do górnego wejścia od strony płaskowyżu Omalos, dlatego są świetną opcją dla kogoś kto zdecydował się przenocować w Paleochorze, Sfakii lub Sugii, gdyż w takim przypadku autobusem jedzie się na górę, a do domu wraca promem. Inną strategię powinni przyjąć podróżujący wynajętym autem z dalszych miejscowości. W takim przypadku należy udać się do Chora Sfakia lub do Sugii i stamtąd płynać promem do Ag. Roumeli, a następnie tak samo wracać. Ma to jednak tą wadę, że nie zobaczy się dużej części wąwozu i dwa razy pokonuje tą samą trasę, najczęściej tylko z Agia Roumeli do wioski Samaria i powrót. Wystarczy to żeby zobaczyć najgłębszą część wąwozu, ale traci się możliwość obejrzenia przepięknych widoków z jego górnej części.

Ubranko. Po pierwsze trzeba mieć porządne buty. Widzieliśmy co prawda dziewczynki w japonkach i jakoś dały radę, ale to nie jest dobry pomysł, zwłaszcza, gdy zdecydujecie się na pełną trasę od samej góry, której długość wynosi 17km. Być może w pełni sezonu słońce praży i nic innego się w Samarii nie dzieje. Ale my byliśmy we wrześniu, a we wrześniu pogoda zmieniała się co piętnaście minut. Na górze, przy wejściu do wąwozu spotkał nas lekki deszcz więc postanowiliśmy schronić się w restauracji i zjeść śniadanie. Temperatura na zewnątrz wynosiła około 10C. Kilka osób od razu przystąpiło do zakupów dresów, które były dostępne w sklepiku specjalnie na takie okazje.Oczywiście drogie koszmarnie, ale cóż ma począć nieprzygotowany turysta, który oczyma wyobraźni widzi 17 km trasę w deszczu i zimnie i swoje krótkie spodenki i krótki rękawek T-shirta. Kupuje więc średniej urody dresik, który po pół godzinie okazuje się już wcale nieprzydatny. Po śniadaniu zaczęło świecić słońce i momentalnie zrobiło się gorąco, ale chmury wciąż kłębiły się nad Lefka Ora. Po przejściu już prawie całego wąwozu około trzeciej po południu chmur nazbierało się jakby więcej i coraz groźniej wyglądały, aż dosłownie 300m przed końcem, gdy w zasięgu wzroku była już tawerna przy wyjściu z wąwozu, lunął deszcz, który w ciągu kilku sekund zmoczył nas do suchej nitki. Dlatego sugerujemy, aby na taką wycieczkę zabrać ze sobą coś ciepłego na grzbiet i coś nieprzemakalnego. To są jednakowoż góry :)).

Jedzenie i picie. Pomni artykułów w prasie sprzed bodaj dwóch lat, kiedy w wąwozie zginęło dwoje polskich turystów w wyniku odwodnienia, zabraliśmy ze sobą 3l wody. Znów powiem, że nie wiem jak tam jest w pełni lata, ale w czasie gdy my tam byliśmy na szlaku, co parę kilometrów spotyka się źródełka z bardzo smaczną wodą. Tak więc moim zdaniem jedna plastikowa flaszka całkowicie wystarczy, gdyż można ja sobie zatankować po drodze. Inaczej ma się sprawa z jedzeniem. Jeśli idzie się od samej góry to warto ze sobą zabrać jakiś suchy prowiant gdyż nawet w osadzie Samaria nie ma żadnej tawerny ani sklepiku, w którym można by nabyć coś do zjedzenia. Tawerny są za to w Agia Roumeli. Swoją drogą nie mam pojęcia jak tych dwoje mogło zemrzeć na tym szlaku. Tam nie ma jak odejść w bok i się zgubić. Oczywiście są również inne szlaki nie prowadzące przez wąwóz tylko w góry, ale trzeba naprawdę wiedzieć co się robi aby wybrać się na taki szlak.

Z Samarii wróciliśmy do Paleochory promem wysychając po drodze. Następnego dnia ruszyliśmy dalej do Rethymnonu. Po drodze zajechaliśmy jeszcze nad największe słodkowodne jezioro na Krecie w Kournas. Ładne miejsce, warte odwiedzenia. Nie rozumiem jednak dlaczego Grecy pozwalają w takim miejscu, unikalnym przyrodniczo, stawiać nad samym brzegiem tawerny i budować wielką przystań dla rowerów wodnych i innych łódek.W ten sposób to jezioro długo nie przetrwa.


Rethymnon

Rethymnon jest ładnym miastem podobnym do Chanii. Tak jak i Chania są tu ślady różnych kultur, jest wenecka twierdza i otomański meczet i wenecka fontanna… i wiele innych ładnych miejsc i budowli. Trzeba po prostu się przejść i podziwiać. Rethymnon ma od wschodu długą piaszczystą plażę, centralnie położony port z bardzo długim bulwarem, wzdłuż którego ulokowały się knajpki a za portem wspomnianą twierdzę usadowioną na skalnym klifie.  Stare miasto to plątanina wąskich uliczek o różnym charakterze zależnym od rodzaju rzemiosła jakie w danym miejscu dominuje. Jest więc uliczka ze straganami rybnymi tuż za bramą wenecką na lewo a na prawo uliczka z butami.

Na zwiedzenie tego wszystkiego spokojnie wystarczą trzy godziny. Nam natomiast trafiła się zupełnie inna atrakcja, dużo bardziej atrakcyjna 🙂 Był to mianowicie bazar, który odbywa się tam w czwartki wzdłuż bulwaru. Na tą okoliczność zjeżdżają się lokalni rolnicy i inni handlarze i rozkładają stragany ze wszystkim. To co nas najbardziej interesowało to możliwość zakupu świeżych ziół oraz oliwy i serów prosto od chłopa. Po zwiedzeniu miasta, twierdzy i zrobieniu zakupów na bazarze ruszyliśmy dalej bo cóż więcej mielibyśmy robić w Rethymnonie??..

Wieczorne knajpy zaliczyliśmy dzień wcześniej, retsinę wypiliśmy na falochronie w towarzystwie portowych szczurów, pokój w hotelu drogi (40euro) i byle jaki z widokiem na klatkę schodową i łazienkę sąsiadów.. czas się zwijać.

Agia Gallini

Z Rethymnonu wyjechaliśmy na National Road i oczywiście przegapiliśmy drogę na Armeni, którą mieliśmy dostać się do Ag. Gallini. Kawałek dalej skręciliśmy więc na Amari. Amari czy Armeni co za różnica 😉 Ano różnica była taka, że dzięki temu zobaczyliśmy dwa fajne klasztory, z tego jeden Moni Arkadiou bardzo ważny, oraz kościółek bizantyjski Agia Anna koło Amari z bardzo starym freskiem i wenecką dzwonnicę w Amari. Moni Arkadiou jest jednym z najstarszych klasztorów, powstał w piątym wieku ale nie dlatego jest tak ważny. Otóż jest to miejsce szczególne, gdyż podczas wielkiego powstania w 1866 roku w klasztorze schronili się powstańcy i uciekinierzy a następnie zostali otoczeni przez Turków. Powstańcy nie chcieli się poddać i wysadzili magazyn prochu w wyniku czego zginęli wszyscy w klasztorze oraz wielu oblegających. Do dziś na dziedzińcu klasztoru stoi martwy cyprys, w którym można zobaczyć odłamek tureckiego kartacza.

Po zwiedzeniu klasztoru przekroczyliśmy przełęcz gór Idi i znaleźliśmy się w dolinie Amari. Jest to bardzo malownicze miejsce pełne gajów oliwnych, winnic i małych wiosek, w których można spotkać naprawdę stare bizantyjskie kościółki, a wśród nich wspomniany Agia Anna. Dolina Amari jest ponoć świetnym miejscem wypadowym dla górskich łazików. My po przejściu wąwozu jednak nie zamierzaliśmy w najbliższym czasie łazić po górach więc pojechaliśmy dalej wczesnym popołudniem docierając do celu czyli Agia Gallini. Kemping znaleźliśmy bez trudu zaraz przy wjeździe do wsi. Okazał się on być chyba najfajniejszym z dotychczas odwiedzonych w Grecji kempingów. Cicho,na uboczu, a jednocześnie bliziutko do plaży i do portu. Na miejscu doskonała tawerna, fajny basen i sklepik z podstawowymi produktami czyli retsiną, fetą, pomidorami i pieczywem. Basen na kempingu jest ogólnodostępny więc jeśli kiedyś traficie do Ag. Gallini i zamieszkacie gdzieś w apartamencie to zawsze można wpaść na kemping „No Problem” na basen i do tawerny. Oczywiście jak wszędzie atmosferę danego miejsca tworzą ludzie. Być może kemping robi takie fajne wrażenie bo ma fajnego szefa czyli Janisa. Swoją drogą nie wiem czy dali byśmy sobie szansę się o tym przekonać gdyby nie to, że następnego dnia cały dzień lało…Na ogół nie korzystaliśmy z jedzenia na kempingach. Woleliśmy raczej zwiedzać typowe restauracje i tawerny. Tego dnia jednak, zmęczeni oczekiwaniem na przejaśnienie i robotami melioracyjnymi, coby nam namiot nie odpłynął, postanowilismy posilić się w bliskości namiotu. I dzięki temu zakosztowaliśmy specjałów kuchni Janisa w przesympatycznej atmosferze.


Wschodnia objazdówka

Gdy wreszcie przestało padać, postanowiliśmy zrobić objazd wschodniej części Krety.  Ruszyliśmy południowym wybrzeżem w stronę Ierapetry po drodze zatrzymując się w Myrtos, bardzo sympatycznej wsi nad brzegiem morza, z ładną plażą. Ierapetrę przejechaliśmy bez zaglądania do miasta, gdyż wydało nam się niezbyt ciekawe. Może to był błąd, ale okolica Ierapetry sprawiała raczej odstręczające wrażenie wielkiego śmietnika zastawionego szklarniami. Im dalej na wschód od Ierapetry tym bardziej robiło się „turystycznie”. Kolejne miejscowości – Ferma, Mavros Kolimbos, Makrigialos, to coraz więcej hoteli i pensjonatów tworzących nieomal kombinaty dla wycieczek zorganizowanych. Okolice wszakże niezbyt piękne w porównaniu z zachodnią i środkową częścią wyspy. Nie chciałbym tutaj spędzać wakacji.. wszędzie daleko, a okolica taka sobie.

Za Makrigialos droga odbija w góry, które tutaj są zupełnie inne niż na zachodzie. Tam były porośnięte lasem, sadami oliwkowymi lub cytrusowymi. Tutaj dominowały dość posępne, spalone skały porośnięte niskimi krzaczorami. Po przejechaniu gór wyjeżdża się na Sitię, która zaczyna się jakoś tak znienacka, jakby stała w środku pustyni. Na Sitię czasu nie mieliśmy, gdyż naszym celem oczywiście była plaża w Vai, więc przed miastem skręciliśmy w prawo. Droga tutaj była dość poważnie rozkopana na długości kilkunastu kilometrów. Gdzieś w przewodniku Małgosia wyczytała, że w wiosce Kato Zakros są tawerny ze świetnymi owocami morza. Ponieważ właśnie zgłodnieliśmy, więc postanowiliśmy jeszcze przed odwiedzeniem Vai udać się do Kato Zakros na jedzenie. Mimo, że drogowskaz pokazywał raptem coś ok. 20km to droga prowadząca znowu przez całkiem wysokie przełęcze dłużyła się ponad miarę. Zjazd do Kato Zakros obfituje w piękne widoki. Wioska to kilka tawren i parę domów obok stanowiska archeologicznego przy wejściu do pięknego wąwozu. Jeśli jeszcze na Kretę wrócimy to pewnie będziemy starać się przejść tym wąwozem. Natomiast tawerny oferowały dania   „turystycznej” jakości, czyli nędzne. O rzeczonych owocach morza można było zapomnieć. Zjedliśmy więc jakieś standardowe mięsko i ruszyliśmy jak najszybciej do Vai.

Vai, Agios Nicolaos, Iraklion.

Plaża w Vai to jedno z najbardziej znanych miejsc na Krecie. Sławę temu miejscu przyniosły palmy, którymi jest wypełniona cała dolinka prowadząca do plaży i które porastają również samą plażę nadając jej charakter karaibski bardziej niż śródziemnomorski. Palmy zasadzili podobno arabscy piraci albo Fenicjanie. I jest to podobno jedyny gaj palmowy w Europie. Z racji swojej sławy plaża jest nieźle oblegana, a co za tym idzie również droga. Wszystko tu kosztuje – parking, łazienka, leżaki i parasole dwa razy drożej niż gdzie indziej. Ale przyjechać warto. Palmy stwarzają niepowtarzalną atmosferę, plaża jest czysta, a widoki piękne. Zdaniem Małgosi najbardziej malownicza plaża wschodniej Krety.

W drogę powrotną ruszyliśmy około zachodu słońca trafiając na niesamowity widok z góry na morze oświetlone promieniami przebijającymi się przez grube chmury. Zdjęcia wyszły rewelacyjnie. Wrażenie zapierające tzw. dech w piersiach. Jeden z najpiekniejszych ogladanych w życiu zachodów slońca, o niebo lepszy niż przereklamowany w Oia (M). A wieczorem dotarliśmy do Agios Nicolaos.

Agios Nicolaos jest sporym miastem i jednym z droższych miejsc na Krecie. Według mnie miejsce wyjatkowo komercyjne (M).  Najbardziej charakterystycznym miejscem jest tu stary port rybacki zlokalizowany w jeziorku połączonym z morzem wąskim kanałem. Jeziorko jest (oczywiście) jak głosi wieść gminna bezdenne i dokoła otoczone całkiem drogimi knajpami. Knajp, barów i dyskotek w ogóle w Agios Nicolaos jest pod dostatkiem i wszystko to zaczyna żyć, głównie po zmroku, w stylu prawdziwego rozrywkowego kurortu. Posiedzieliśmy więc trochę w barze obserwując miejscowe klimaty, a następnie ruszyliśmy do „domu”, , czyli do naszej ulubionej, przytulnej i cichej Agia Gallini.

Następnego dnia niestety z Agia Gallini mieliśmy się pożegnać gdyż wypadało jechać dalej. Na do widzenia poszliśmy więc na lunch do Janisa. Dostaliśmy to czego nam zabrakło w wychwalanym w przewodniku Kato Zakros,czyli owoce morza w postaci steku ze świeżutkiego, właśnie złowionego, dwumetrowego miecznika i krewetki saganaki. Było obłędne i trzeba było walczyć z miejscowym kotem o resztki 🙂

Agia Gallini pożegnaliśmy z wielkim żalem, no ale przed nami przecież Santorini, a wcześniej krótki postój w Iraklionie. Wybierając się w okolice Iraklionu najlepiej nie pchać sie do samego miasta, gdyż jest mocno zakorkowane. Tuż obok jest turystyczna miejscowość (prawie dzielnica Iraklionu) Amoudara, gdzie bez problemu można znaleźć nocleg za ok. 30euro przy samej plaży. Amoudara, to taka Kreteńska Leptokaria, ale z ładniejszą plażą i bez torów kolejowych. Reszta podobna, czyli ulica ze sklepami i knajpami, po obu stronach otoczona hotelami. Generalnie jest to niezłe miejsce wypadowe do zwiedzania środkowej i wschodniej Krety, zapewniające jednocześnie wieczorne rozrywki.

Sam Iraklion jest zwykle mocno krytykowany na różnych forach turystycznych, że niby nieciekawy, za nowoczesny, za duży, zatłoczny…. a nam się podobał. Iraklion jest po prostu prawdziwy. Tu nie ma takiej sztuczności wydzierganej specjalnie pod turystów, jak w Chanii, czy Rethymnonie. Iraklion to prawdziwe żywe miasto, w którym jednocześnie obok współczesności można znaleźć kilka ciekawych, zabytkowych miejsc.Ekspresowe zwiedzanie Iraklionu, czyli Agios Titos, fontanny (koniecznie Morosiniego i Bembos) i targ. Skorzystaliśmy, poniekąd zmuszeni sytuacją, z porad przewodników. Liczne zabytki weneckie, w wiekszości pochowane pomiędzy późniejsza zabudową, bardzo dobrze zwiedza się rano, gdy nie jest jeszcze gorąco i nie ma tłoku na ulicach.Trochę żal było, że spędziliśmy tam tylko krótki poranek i już trzeba było wsiadać na prom i płynąć na osławioną Santorini.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.