Narty w Karyntii

Tegoroczny wyjazd na narty był wyjazdem nietypowym, a to dlatego, że został wykupiony w biurze podróży. Z różnych powodów w tym roku na narty musiałem jechać sam, nie miało więc sensu wyszukiwanie apartamentu i organizowanie wszystkiego dla samego siebie, gdy okazuje się, że można znaleźć ofertę wyjazdu narciarskiego za ok. 2000zł zawierającą prawie wszystko. Taką ofertę znalazłem w biurze Primoris Travel. W cenie 2195zł zawarty był dojazd autokarem z Katowic, pobyt w hotelu z wyżywieniem oraz 5dniowy ski-pass na całą Karyntię.

Dojazd

Opcje dojazdu były dwie – samodzielna lub autokarem. Ponieważ wybrałem się sam więc postanowiłem jechać autokarem. Jazda własnym samochodem byłaby o 200zł tańsza, ale wydawała się zbyt trudna i niebezpieczna dla jednej osoby. Tak czy inaczej, własnym autem musiałem kawałek przejechać, aby dostać się na miejsce spotkania grupy.

Najłatwiej z dojazdem miały osoby podróżujące z Rzeszowa, Krakowa i Katowic, gdyż tak prowadziła trasa autokaru. Jeśli ktoś mieszka gdzieś indziej, to musiał dostać się gdzieś na trasę autokaru samodzielnie. Problemem w takim przypadku było miejsce na pozostawienie własnego autka.

Oprócz dwóch niewątpliwych zalet jazdy autokarem, czyli możliwości zapoznania się z towarzystwem oraz faktu, że ktoś kieruje za ciebie, taka jazda ma jednak sporo wad. Po pierwsze, nawet całkiem luksusowy autokar miał pieruńsko niewygodne siedzenia obliczone chyba na rozmiar najbardziej rozpowszechniony na świecie czyli… azjatycki. Po drugie jedzie się dużo wolniej niż własnym autem. Po trzecie na miejscu jest się całkowicie zależnym od grupy. Tymczasem Karyntia nie jest aż tak strasznie odległa i jadąc kolejny raz jednak zdecyduję się na jazdę własnym autem.

Hotel

Mieszkaliśmy w hotelu Zur Post w miejscowości Dobriach, niedaleko od Seeboden, nad dużym jeziorem. Miejsce to jest jak wymarłe w zasadzie o każdej porze dnia, więc jedyne rozrywki na jakie można liczyć to te organizowane w hotelu. Hotelik jest średniej wielkości w sam raz pasował do obsługi takiej grupy jak nasza, czyli ok. 60 osób. Pokoje, jak to w Austrii czyste, z wygodnymi łóżkami o białej pościeli i przyzwoitymi łazienkami. Było w nich zasadniczo wszystko, co być powinno, a nie zawsze jest oczywiste, czyli duża szafa, wieszak na rzeczy przy drzwiach, a także dwa krzesła i sporych rozmiarów biurko. Wymieniam te wszystkie rzeczy gdyż najczęściej właśnie brak jednej z nich powoduje, że całkiem przyzwoity pokój staje się uciążliwy, gdy nie ma gdzie odłożyć zegarka albo odwiesić kurtki.

W hotelu do dyspozycji gości był również spory pokój relaksacyjny z dwiema saunami – parową i fińską… bardzo fajne miejsce na odpoczynek po nartach. Niestety sauna była wyłączona po kolacji czego nie rozumiem, tak więc na skorzystanie pozostawał tylko krótki czas między powrotem z nart, a kolacją. Z innych udogodnień można liczyć na darmowy internet przez WiFi w hotelowym lobby, spory pokój zabaw dla dzieci wyposażony w różne zabawki oraz pokój gier i zabaw dla starszych z piłkarzykami i flipperem.

Wyżywienie

W cenie wycieczki mieliśmy praktycznie pełne wyżywienie składające się ze śniadania i obiadokolacji. Było to więcej niż wystarczające – po powrocie ważyłem dwa kilo więcej niż przed wyjazdem a przecież miałem codziennie po kilka godzin intensywnego ruchu. Śniadania były serwowane w formie bufetu szwedzkiego i w zasadzie każdego dnia identyczne. Wybór jednak był spory – kilka rodzajów pieczywa, wędlina typowo austriacka, czyli z przewagą różnego rodzaju mortadeli i szpeku, żółty ser, jogurty, płatki, muesli, cała gama dżemików i konfitur, soczki w dwóch rodzajach itd… Jedyne, czego mi brakowało, to coś na ciepło w rodzaju jajecznicy lub parówek, ale grzechem byłoby narzekać. Obiadokolacje to były ogromne wyżerki zaczynające się barem sałatkowym i kończące deserem, po drodze oczywiście zupa i jedno z dwóch dań głównych do wyboru z możliwością dokładki. Nie była to kuchnia szczególnie wyszukana, ale jednak całkiem smaczna. Do obiadokolacji napitki należało sobie dokupić. Cena piwa typowo knajpiana czyli ok. 2,5 – 3 euro. Wino niestety z gatunku tych droższych powyżej 24 euro za butelkę.

Ośrodki narciarskie

Do terenów narciarskich dojeżdżaliśmy oczywiście naszym wspaniałym autokarem. Poza drobnym zamieszaniem związanym z codziennym załadunkiem i rozładunkiem nart, nie było to jednak żadnym problemem.

Pierwszym z odwiedzonych ośrodków był St. Oswald. St. Oswald i Bad Kleinkirchheim, który odwiedziliśmy następnego dnia, to w zasadzie jeden teren narciarski dysponujący ok. 100 km tras zjazdowych, 4 kolejkami gondolowymi, 6 wyciągami krzesełkowymi i 15 orczykami.

Część przynależąca  do St. Oswald bardzo pięknie nadawała się na pierwszy dzień jeżdżenia, gdyż tamtejsze trasy należą raczej do tych łatwiejszych. Najciekawszą z tras, moim zdaniem, jest tu czerwona dziewiętnastka – długa, szeroka, o sporym nachyleniu i na dodatek mało zatłoczona. Jednak ten teren warto po rozgrzewce zostawić dla dzieci i początkujących. To co lubią tygrysy znajduje się po drugiej stronie dolinki ma oznaczenie nr 8 i nazywa się trasą Franca Klammera. Jest to wspaniale przygotowana czarna trasa o nachyleniu miejscami 100%. Z racji tej, że jest czarna rzadko spotyka się tam ludzi więc można naprawdę sobie poszaleć w stosunkowo bezpieczny sposób bez obawy wpakowania się na muldę lub lodową przecierkę. Alternatywnie można również pojeździć czerwonymi: jedynką lub siódemką. Jadąc jedynką warto się zatrzymać w szałasie z krową na dachu obok stacji pośredniej gondoli… trzeba tam koniecznie zajrzeć do męskiego WC.

Dla kogoś, kto chciałby się wyjeździć  przez tydzień i mieć jednocześnie fajne zaplecze po nartach, Bad Kleinkirchheim jest miejscem idealnym, gdyż znajdują się tu dwa kompleksy termalne z basenami i saunami. Jeden z nich, Termal Romerbad, odwiedziliśmy. Wejście na baseny może być wliczone w cenie ski pass’u. Oczywiście sam ski pass jest wtedy odpowiednio droższy np. 5-cio dniowy kosztuje 177 euro bez wejścia do term, a 227 euro z termami. W ramach ski pass’a wchodzi się tylko do części basenowej, a za sauny trzeba dopłacić jeszcze dodatkowo 8 euro, ale warto. Pojedyncze wejście na basen wraz z częścią saunową kosztuje 23euro. Warto więc sobie z góry przewidzieć, czy jest sens kupowania droższego ski pass’a, czy jednak zapłacić za baseny osobno.

Trzeci dzień spędziliśmy w regionie Turracherhoehe. Trasy tego ośrodka są położone po dwóch stronach doliny, w której środku znajduje się spore jezioro. Tras nie jest wiele, bo tylko ok. 38 km, ale za to są bardzo urozmaicone. Dla każdego znajdzie się tu coś miłego. Oprócz tras zjazdowych jest tu bardzo przyjemna widokowo trasa biegowa oraz mierzący 1600 m tor saneczkowy. Same trasy zjazdowe jak wspomniałem są różnej długości i trudności. W zachodniej części warto polecić na popołudnie trasę nr 1 – jest szybka, szeroka i bardzo widokowa, przed południem jednak bardzo zatłoczona. Dla tygrysów istnieje skrót przez lekko offroadową ściankę oznaczoną numerem 10. Na drugą stronę doliny można się dostać przejeżdżając na nartach tunelem pod szosą lub jadąc do jeziora i tu ciekawostka, przez jezioro zostanie się przeciągniętym za mini traktorkiem. Trasy po stronie wschodniej są bardziej „kameralne” i schowane w lesie. Ja mogę polecić 23’kę i 24’kę na samym skraju, jako idealne do potrenowania szybkiej jazdy karwingowej na krawędziach, gdyż są przeważnie bezludne i mają bardzo przyjemne nachylenie i szerokość, pozwalające pięknie kręcić ciętymi skrętami.

W programie wycieczki oczywiście był również lodowiec. No bo jak by to było, przyjechać do Austrii na narty i lodowca nie widzieć. Osobiście wolałbym dzień przeznaczony na lodowiec spędzić np. w Bad Kleinkirchheim no ale…. (autocenzura tu nastąpiła). Tak więc lodowiec trzeba było zaliczyć, a był to lodowiec Molltaler. Z odwiedzonych przeze mnie lodowców, ten najbardziej przypominał mi Tux’a w Zillertal, a więc jest tu duża, dość szeroka przestrzeń do jeżdżania na samym szczycie i parę tras niżej. Niestety, aby się na lodowiec dostać, najpierw trzeba dojechać do dolnej stacji kolejki. Trwało to okropnie długo, gdyż droga wąska, kręta i stroma. Następnie trzeba dostać się do Gletcher Expressu, czyli skrzyżowania metra z kolejką na Gubałówkę. Jeździ to coś w tunelu o długości 4,7km wykutym pod górą. Najpierw trzeba odstać w tłumie, żeby wejść do środka, a potem również w tłumie jedzie się kilkanaście ładnych minut na górę. Jak już się wyjedzie, to wcale nie oznacza, że można przypiąć narty i zjeżdżać, najpierw trzeba przesiąść się do gondoli i kolejnych kilkanaście minut jechać jeszcze wyżej. Dopiero po wyjściu z gondoli można wreszcie zacząć szusować po trasach nr 5, 6, 7, 8, z których 5 i 6 miejscami wymagają odpychania się kijkami, a wszystkie prowadzą do bardzo powolnych krzesełek. Inna opcja jest taka, że pojedzie się 9’ką i ponownie wjedzie gondolą. W każdym przypadku spędza się masakrycznie dużo czasu na wyciągach, a mało na trasie. Najrozsądniejszym rozwiązaniem jest więc wjazd poszóstnymi krzesełkami Gletcher Jet na samą górę lodowca. Tam, oczywiście po zrobieniu fotek zapierającym dech w piersiach widoczkom, można wreszcie trochę pojeździć na trasie czerwonej nr 1 lub na niebieskich 2 i 3. Trójka prowadzi do całkiem fajnego snow parku, gdzie można sobie potrenować skoki i podskoki na specjalnie przygotowanych muldach i skoczniach. Jednak to co było na lodowcu najpiękniejsze i co rekompensowało trochę czas stracony na dojazd to były trasy poza trasą. Po obu stronach można było sobie zjechać w pięknym świeżym puchu. Gdyby nie to i piękna pogoda byłbym bardzo zły z powodu wycieczki na lodowiec.

Ostatnim z ośrodków, które odwiedziliśmy był Katschberg. Trochę niestety tego dnia pogoda się popsuła i mocno wiało. Ze względu na wiatr zamknięty był wyciąg krzesełkowy na Aineck i to co nam zostało to jeździć po drugiej stronie doliny na górze Tschaneck. Tras tu co prawda nie brakowało, ale ludzi również. Główna trasa nr 3 jest bardzo szeroka o sporym nachyleniu i nie wiedzieć czemu została zakwalifikowana jako czarna. Byłaby fajna gdyby nie mocno zlodowaciały śnieg pogruchotany w grudy przez ratrak i narciarzy. Dlatego znów najlepiej jeździło się na samym skraju ośrodka na trasach 12 i 14, gdzie było mało ludzi, a przygotowanie trasy zdecydowanie lepsze. Trochę jednak się to zaczynało nudzić. Na szczęście po południu został otwarty wyciąg na Aineck, a tam pierwsze co zrobiliśmy, to przetestowaliśmy słynną nartostradę A1 o długości 6,5km. Nartostrada zaczyna się płasko i trzeba sobie pomagać kijkami, ale już po kilkuset metrach robi się fajnie.. jest szeroko, gładko i można pięknie śmigać głębokimi ciętymi skrętami robiąc w ten sposób nie 6,5km, ale chyba ze dwa razy tyle. Trasa jest tak długa, że można się porządnie zmęczyć. Po drugiej stronie góry znajduje się kilka czerwonych i czarnych stoków, których niestety z braku czasu nie zdążyliśmy przetestować. Za to w drodze powrotnej była szansa zjechać czarną trasą nr 11a Diretissima, na początku której stoi nawet ostrzeżenie, że miejscami można spodziewać się nachylenia rzędu 100%. Diretissima ma 2,5km długości, które pokonuje się w niecałe 3 minuty i jest fantastyczna!! Wykorzystaliśmy ją do oporu zjeżdżając jeszcze dwa, czy trzy  razy i prawie spóźniając się na autokar. Warto odwiedzić Katschberg.

Inne atrakcje

W ramach wycieczki z Primorisem mieliśmy nie tylko narty. Dzielna załoga złożona z Edyty, Kasi i Kuby starała się nam umilać życie codziennie organizując dodatkowe atrakcje wyjazdowe i na miejscu w hotelu. Osobiście nie lubię takich fakultetów i wieczorem wolę sobie poczytać, ale króciutko je wymienię:

  • wieczorowy poker – nie brałem udziału… może ktoś inny coś napisze w komentarzu
  • gra w czajniki czyli curling zwany lokalnie eisstockschiessen – również nie brałem udziału, inni twierdzili, że fajne
  • wyjazd na baseny do Spittal (takie sobie) i Termal Rommerbad (super)
  • zwiedzanie muzeum tortur – nie byłem ale ci co byli mówili, że ciekawe
  • zwiedzanie browaru w Klagenfurcie – całkiem ciekawe.

Ogólnie oceniam ten wyjazd jako bardzo udany, a jeśli chodzi o stosunek jakości do ceny to wręcz rewelacyjny :))

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.