| Samochodem na Kretę |
|
| Wpisany przez Simon | |||||||
Strona 1 z 5 Samochodem na Kretę dostać się można z Pireusu promem. Nie jest to nic skomplikowanego, wystarczy jeszcze w Polsce kupić sobie bilet na stronie www.ferries.gr. Jeśli chodzi o połączenia to jest w czym wybierać, promy pływają do Iraklionu, Rethymnonu i Chanii. Ceny są zależne od standardu i szybkości promu. Główne kryteria wyboru w naszym przypadku to były: cena i nocna pora płynięcia. Padło na Elyrosa z Anek Lines. Za bilet dla dwóch osób na decku i samochodu zapłaciliśmy 146 euro. Prom, który wypływa z Pireusu o 22:00 do Chani dociera na 6:00 o poranku. Bilet zakupiony w Polsce trzeba odebrać w Pireusie w biurze przewoźnika, którego się wybrało. Potem pozostaje tylko przedrzeć się przez korek do odpowiedniego pirsu. Na pirsie trzeba być dwie godziny przed wypłynięciem. Najpierw na prom wjeżdżają ciężarówki ,a potem dopiero małe pojazdy. Podróż na decku kojarzyć się może z drewnianymi ławkami na otwartym pokładzie. Tak może być jeśli się bardzo chce. Większość ludzi zaraz po wejściu na prom wędruje w górę i właśnie w takie miejsce dociera. Ja radzę udać się jednak do restauracji na dziób. Jak się odpowiednio wcześnie tam trafi to można sobie zająć bardzo wygodną kanapę i spędzić podróż w wygodzie i ciszy. To ważne, gdy się płynie nocą i człowiek chce sobie trochę kimnąć. Ze spaniem nie ma się co krępować, wszyscy prędzej czy później pokładają się w zupełnie nieprawdopodobnych miejscach.. kanapa w restauracji jest w takim przypadku zazdrośnie strzeżonym luksusem. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, aby sobie wykupić kabinę. Chania i BalosWe wrześniu o 6 rano na Krecie jest ciemno. Wyjechaliśmy więc w ciemność i okazało się, że Chania, to nie Chania tylko Souda i do Chani trzeba jakoś dojechać. Po kilkunastu minutach błądzenia udało się odnaleźć Chanię, a nawet miejsce, gdzie zaczyna się stare miasto. Na szczęście o tej porze z miejscem do parkowania problemu nie było. Wydawało by się, że o takiej porze miasto powinno budzić się do życia. Ja jednak miałem wrażenie, że owszem częściowo to ono się budzi, ale w większym stopniu raczej nazwałbym to kończeniem się wieczoru. Sporo młodych ludzi po nocnym balowaniu wracało wtedy do domów (hoteli) zahaczając o nieliczne, czynne 24h lokale z przekąskami. Dopiero po wschodzie słońca nastąpiła prawdziwa pobudka, rozpoczęło się polewanie i zamiatanie chodników, otwierały się kawiarnie. To najlepszy moment na obserwację prawdziwego greckiego folkloru. Na przykład wspomniane kawiarnie, czy gdzieś indziej na świecie otwiera się kawiarnie o 7 rano, jeszcze przed otwarciem sklepów? W Grecji właśnie tak jest, gdyż Grecy jeszcze przed pójściem do pracy mają w zwyczaju wypić kawę i bynajmniej nie robią tego w domu. Chania to drugie co do wielkości miasto na Krecie. Z ciekawszych zabytków do obejrzenia to: meczet Hassana Paszy, forteca Firkas i latarnia przypominająca minaret. Poranne zwiedzanie Chanii ma wiele uroków; prawie pusto, poza wymienionymi wyżej wczorajszymi imprezowiczami, nieliczne psy i raczej liczne koty, cisza i spokój, ciekawe światło przy wschodzącym słońcu. Przewodniki polecają oglądanie nieczynnego już portu wewnętrznego, jak dla mnie, najciekawsze są uliczki Chanii. Wąskie, kolorowe, z roślinnością i spacerującymi kotami. Małe pensjonaty i hoteliki, śpiące jeszcze o tej porze, są nawet specjalne apartamenty na miesiąc miodowy:) Chania jest warta poświęcenia 2-3 dni, z pewnością klimat wieczorny również jest wart zakosztowania, ale nam się spieszyło dalej. zjedliśmy szybkie śniadanko, czyli bułki z serem i szpinakiem, popiliśmy kawą i ruszyliśmy na zachód. Po drodze miał być zamek w Kissamous, który jakimś cudem udało nam się przegapić. Zrobiliśmy tylko tankowanie autka i zaczęła się przygoda z Balos. Przewodniki raczej milczą na ten temat. Trafiliśmy przypadkiem na tablicę z reklamą: niesamowite wrażenia, bajeczna laguna.... no, to trzeba zobaczyć. Drogowskazy pokazywały właściwy kierunek, tylko niestety znośna droga skończyła się bardzo szybko. Wjechaliśmy w coś, po czym właściwie ganiają tylko kozy, za nami podążał z pewną trudnością fiat panda. Pozwoliliśmy się wyprzedzić na którymś z postojów na robienie zdjęć (piękne widoczki, wysoki klif, kozy). Koszmarna droga to ok. 12 km. Dojeżdża się do miejsca, gdzie trzeba zostawić samochód, bo dalej się nie da. Zabraliśmy potrzebne rzeczy, czyli głównie aparaty i sprzęt do pływania i w towarzystwie krążącego nad głowami orłosępa ruszyliśmy z ciekawością dalej. Trochę się schodzi, nawet dość wygodnym szlakiem, aż wreszcie oczom ukazuje się przepiękny widok na reklamowaną (całkiem słusznie) lagunę!!! Opowiedzieć trudno, należy zobaczyć osobiście. Zejście (teraz już z pięknymi widokami), zajęło jeszcze parę minut. Ciepło, więc najpierw udaliśmy się do jedynej tawerny na piwo. A potem przystąpiliśmy do degustacji wszelkich uroków laguny. Coś pięknego!!!! Zatoka oddzielona od morza naturalnym falochronem, na granicy skałki wyglądu pozaziemskiego, oczka wodne z krystalizującą solą i całkiem rozłożysta laguna, pusto, piękne kolorki, w większości płytko, w miejscach głębszych ciekawe rybki.... I taka bajka przez kilka godzin. Bajka kończy się, jak zaczynają przypływać statki z turystami, którzy też chcą skosztować uroków rajskiej laguny. Stonka wylewa się z pokładów i to najwyższy czas na ewakuację. Jak zwykle, droga w górę trochę trudniejsza, na miejscu okazuje się, że parking pełny, i kozia droga raczej nie dla wszystkich straszna. Piwo i zimny arbuz, mały odpoczynek i zjeżdżamy na dół. Dla zainteresowanych i oszczędzających samochód: wycieczka statkiem kosztuje 22-25EUR (bez dodatkowych kosztów typu lunch i napoje) i niestety lagunę odwiedza się w tłumku współpasażerów. Ja polecam drogę trudną dla samochodu i trochę męczącą. Warto pobyć na Balos bez zbędnego towarzystwa:) Zmęczeni wrażeniami i trochę podróżą postanowiliśmy jechać prosto w miejsce planowanego pierwszego postoju na Krecie. Mimo, że po drodze są ciekawe wioski jak Topolia z kościołem z końca epoki bizantyjskiej, czy Elos, w której w październiku świętuje się zbiory jadalnych kasztanów oraz można obejrzeć ruiny tureckiego akweduktu i XIV- wieczną bizantyjską kaplicę. I tak w godzinach popołudniowych dojechaliśmy do Paleochory. |

