Home Relacje znajomych Egipt Wspominki Kasi - Hurgada Lato 2008

Tagi

Wspominki Kasi - Hurgada Lato 2008
Spis treści
Wspominki Kasi - Hurgada Lato 2008
Luxor
Kair
Spostrzeżenia różnorakie
Wszystkie strony


Nie wiem czy da się to ogarnąć w jedna całość. Będzie to raczej chaotyczny opis mojej (naszej) wyprawy do Egiptu. Jakoś nigdy mnie tam nie ciągnęło. I to jeszcze w środku lata…

Jakimś jednak cudem padło na Egipt. Zaczęłam coraz bardziej przyglądać się temu pomysłowi. Wertowałam Internet, czytałam fora i opnie. Padło na Serenity Makadi ze ScanHoliday..

Stałam się upierdliwa i wręcz uciążliwa na forum o Egipcie… wielu mnie wręcz znienawidziło.

Zadawałam setki pytań… powtarzałam się… wierciłam dziury w brzuchu, każdemu kto się nawinął..

Ale opłaciło się!..Uzbrojona w całą tę wiedzę ruszamy na podbój Egiptu… I to w samym środku lata.!

Piątek

Późne popołudnie. Jedziemy do Poznania skąd nastąpi nasz wylot. Wszystko przebiega zgodnie z planem, bez żadnych niespodzianek…. Wylot troszkę się opóźnił… ale to było  bez znaczenia.

Startujemy. Jest godzina po 23-ej. Samolot linii AMC Airlines wypełniony po brzegi  turystami odrywa się od ziemi. Lot przebiega bez zakłóceń. Na monitorkach śledzimy trasę lotu… Po kilku godzinach zbliżamy się do wybrzeży Afryki. Jest noc. Po głowie krąży mi mnóstwo myśli… jak to będzie??? W końcu lądujemy w Hurghadzie.. jest coś ok. 4 nad ranem czasu egipskiego.

Ciekawa byłam pierwszego zetknięcia z tym lądem, pierwszego wdechu afrykańskiego powietrza… Czy będzie tak jak opisywali inni… jak czytałam w książkach czy oglądałam w TV..???

Stało się… wszystko dokładnie tak samo a jednocześnie zupełnie inaczej. Pomimo tego, że jeszcze jest noc jest bardzo ciepło..ale nie gorąco… jednak bardzo przyjemnie.

W tym momencie zaczęło  wszystko dziać się bardzo szybko.. Jedziemy jakimś autobusem do hali przylotów. Jeszcze nie zdążyliśmy się zorientować w sytuacji a już nas wołają pokazując tabliczkę wspólną dla TUI i ScanHoliday. Zdążyłam tylko zauważyć, że wszyscy tubylcy byli bardzo uśmiechnięci co wręcz i nam się udzieliło. Przeprawa przez lotnisko była tak błyskawiczna, że nie zauważyłam kiedy już siedzieliśmy w busiku, który miał nas zawieźć do celu naszej podróży. Jeszcze przedstawiciel naszego biura tłumaczył nam co i jak…, że ładnie nas tam kierowca zawiezie a w ciągu dnia, przed południem będzie spotkanie z rezydentem, który już nas dalej poinformuje o wszystkim… Muszę tu tylko dodać, że w owym busiku było nas tylko troje (czyli ja, mój mąż i syn) no i kierowca Arab, który miał nas dowieźć w tę jeszcze noc do hotelu. Do Serenity..

Nie powiem… mieliśmy małego pietra…  ale cóż „raz kozie śmierć”.. Pan kierowca spisał się na medal.  Całych i zdrowych zawiózł nas na miejsce (a jechaliśmy jakieś 40 minut). Oczywiście nie obyło się bez bakszyszu….Nie zdążyliśmy się obejrzeć a już obsługa hotelowa zajęła się naszym bagażem. Zameldowanie trwało błyskawicznie i już prowadzą nas do naszego pokoju. Cały czas jest jeszcze ciemno na dworze wiec nie możemy zobaczyć w całej okazałości naszego ośrodka.

Co mnie uderzyło w pierwszym momencie… to trochę dziwny zapach powietrza. Maiłam wrażenie jakbym znalazła się na łące… raczej na pastwisku, na którym pasły się krowy. Ale to wrażenie trwało tylko przez może pierwszy dzień pobytu. A spowodowane było tym (przynajmniej tak mi się wydaje), że codziennie bardzo obficie była podlewana sztucznie posadzona tam trawa….

Sobota - Pierwszy (cały) dzień w Egipcie

Wreszcie w pokoju. Bagaże też już są… przytachane przez kogoś z obsługi hotelowej… Zaczyna świtać… Zabawne… w ciągu pół godziny robi się całkowicie widno i nawet widać słonce…Doprowadzamy się do ładu i składu. ..Wypadałoby coś zjeść? W końcu to już ranek. Tak więc idziemy na podbój hotelu… a właściwie hotelowej restauracji. Chyba dadzą nam jeść? Nie mamy jeszcze hotelowych opasek. Ale bez problemu… nikt nawet na to nie zwracał uwagi.Spotkanie z rezydentką.  Wszystko o umówionej godzinie. Osoba bardzo kompetentna i rzeczowa. Dostajemy rozpiskę z fakultetami, numer telefonu i na tym się kończy nasze spotkanie. Teraz już będziemy kontaktować się tylko przez telefon…Nasz pokój jest dość duży i bardzo przyjemny. Usytuowany w część głównej hotelu na drugim piętrze. Mamy piękny widok na cały ośrodek i oczywiście na Morze Czerwone JCzęść Główna hotelu jest położona nieco wyżej, jakby na lekkim wzniesieniu, także idąc w kierunku morza jest lekko „z górki”.Pierwszy dzień pamiętam jak przez mgłę. Przyjechaliśmy nad ranem i w ogóle nie spaliśmy. Spędziliśmy go na zwiedzaniu hotelu… itd. 

Niedziela

Po dobrze przespanej nocy w bardzo wygodnych i wielkich łóżkach postanawiamy zaplanować sobie nasz dwutygodniowy pobyt. Do wyboru mamy sporo propozycji zostawionych przez rezydentkę.

Najpierw postanawiamy pojechać do Hurghady hotelowym autobusem aby się rozejrzeć, kupić egipski starter do telefonu komórkowego…. I połazić po mieście.  Ponieważ przed wyjazdem na forum o Egipcie przeczytałam jak ktoś podał dokładny opis jak i gdzie kupić sobie taki starter więc postanawiam wykorzystać tą wiedzę w praktyce. I rzeczywiście wszystko odbyło się zgodnie z opisem. Hotelowy autobus zawiózł nas do centrum miasta. Naprzeciwko KFC miał być salon Vodafone. Był i owszem. Poszliśmy tam. Miał być tam gościu, który najpierw daje numerki… był.. Potem jak twój numerek wyświetli się na stanowisku obsługi należało tam podejść i załatwić sprawę. Dobrze, że mój syn świetnie gada po angielsku. Tak więc kupiliśmy starter. Pan nam go ładnie załadował do telefonu… później zasilił nam numer za 200 egipskich funtów i już mogliśmy wydzwaniać po całym Egiptowie no i do Polski też rzecz jasna. I co śmieszne w tym wszystkim to to, że do tego numeru nie było kodu pin. Można było wyłączyć i włączyć telefon bez użycia pinu..Jakieś trzy godziny łaziliśmy po Hurghadzie. Pomimo, że miasto sprawiało wrażenie jakby wyrosło z gruzowiska czy wysypiska śmieci miało coś w sobie co urzekało. Sprawiali to chyba żyjący tam ludzie. Wszędzie było ich pełno. Nigdzie się nie spieszyli. Samochody jeździły jak szalone. Co chwile odzywały się klaksony. W ogóle panowała tam bardzo fajna i wesoła atmosfera.  Ruch i gwar. A do tego było tak cieplutko… nawet jak zapadał zmierzch. Na dzień dobry kupiliśmy fajny papirus, flakon perfum… i jakieś tam duperele.. pewnie przepłaciliśmy… ale za to jaką mieliśmy radochę trochę się targując. Ponieważ już mieliśmy egipski telefon postanowiliśmy poumawiać się z rezydentką na jakieś fakultety.

Następnego dnia zaplanowaliśmy sobie wyprawę statkiem po morzu. Krótki telefon i jesteśmy umówieni na poniedziałek, na wyprawę.

Poniedziałek

Nie muszę chyba nikogo przekonywać jak gorąco jest w Egipcie w środku lata. No było jakieś 50 stopni Celcjusza, lekki wiaterek od morza…. wilgotność prawie zerowa więc było całkiem znośnie. W Polsce pewnie już bym się stopiła w takim upale. A tam wręcz przeciwnie, jakoś mi to odpowiadało i czułam się całkiem dobrze. Tym bardziej, że pół dnia można było nie wychodzić z basenów lub morza… jak kto wolał. I to słońce… nastrajało człowieka bardzo optymistycznie. W południe umówieni byliśmy na morską wyprawę statkiem. O umówionej godzinie podjechał po nas pod hotel taki mini busik  z przystojnym przewodnikiem Arabem w środku. Na szczęście mówił całkiem dobrze po polsku więc można było sobie porozmawiać . Po drodze do portu w Hurghadzie zwinęliśmy kilku innych uczestników naszej wycieczki z innych hoteli.. Tak, że było nas więcej i od razu zrobiło się weselej.  Dojechaliśmy do portu gdzie dołączyła do nas jeszcze jedna grupka turystów z za wschodniej granicy. Tak więc w tym doborowym towarzystwie wsiedliśmy na statek. Rozpoczął się nasz kilku godzinny rejs połączony z różnymi atrakcjami. Zabawiał nas „kapitan statku” taki wesoły jegomość. Co chwila coś wymyślał śmiesznego. Tak, że było bardzo wesoło i sympatycznie.  Jak już dopłynęliśmy do rafy, statek zwolnił i poproszono wszystkich o zejście pod pokład. Tam przy oszklonych bokach statku mogliśmy podziwiać piękna rafę koralową… Oj tego nie da się opisać..! Ci co widzieli wiedzą w czym rzecz ….a ci co nie widzieli musza tam koniecznie pojechać i to zobaczyć.. A żeby było ciekawej przy podziwianiu rafy nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, pojawił się przed naszymi oknami nurek, który zaczął stroić do nas miny i wysyłał całuski…. Karmił rybki. Więc było naprawdę ciekawie. Później poproszono nas o wejście na wyższy poziom statku gdzie miał być podany obiad przy którym miały być jeszcze jakieś atrakcje.  Tak więc pierwszy raz w życiu zobaczyłam taniec derwisza. Wystąpiła też tancerka. Było przesympatycznie. Tancerze wciągali turystów do zabawy tak, że chwilami było naprawdę wesoło. Pod koniec znów wyszliśmy na górny pokład skąd podziwiać było można przepiękne widoki , panoramę Hurghady z daleka… i na sam koniec zobaczyliśmy stadko delfinów co było naprawdę miłym uwieńczeniem naszej wycieczki… i całego dnia.. 

Wtorek i kolejne dni…

Niektóre dni spędzaliśmy nie wychodząc z ośrodka. Tam nie można było się nudzić. Obiekt był naprawdę duży. Rano chodziliśmy na śniadania do restauracji głównej lub czasami zapisywaliśmy się do restauracji na pięterku gdzie obsługiwał nas kelner i podawał do stołu. Jedzenia było tyle, że naprawdę nikt nie mógł tam chodzić głodny. Nie będę wymieniać potraw bo szkoda na to czasu. Wspomnę tylko, że egipskie wypieki, bułki, bułeczki, przeróżne chlebki, ciasta… itd. itp. Są po prostu „palce lizać”. Tak samo obiady… od wyboru do koloru i do smaku.. komu jak komu ale nam wszystko bardzo odpowiadało i codziennie mogliśmy skosztować czegoś innego. To samo kolacje… albo w restauracji głównej albo w tematycznej na wcześniejsze zapisy.. A i zapomniałaby… przy morzu była jeszcze jedna restauracja… trochę mniejsza ale tak samo można było z niej korzystać. Poza tym przy basenach były bary gdzie pomiędzy posiłkami głównymi można było dostać coś do jedzenia. Jak np. pizze, frytki, hot-dogi, spaghetti… itd. O napojach nie wspomnę… bo było tego tyle, że już sama nie wiem co tam było. Alkohole też się lały strumieniami. I to wszystko w opcji ALL , a więc full wypas. Codziennie korzystaliśmy z basenów. Ten największy w części głównej hotelu był ze słodka woda. A właściwie był to taki kompleks jakby kilku basenów w jednym.  Dwa trochę mniejsze bliżej morza były ze słona wodą.. przy każdym basenie był bar. Również nad morzem  był bar. Tak więc nikt nie chodził głodny i spragniony. Wszystko na wyciągnięcie ręki… Normalnie rozpusta. Czułam się jak w bajce.. nic dodać nic ująć…!Kolejne dni mijały bardzo szybko…. Już nie pamiętam dokładnie co w jakim się działo..

Daliśmy namówić się na przejażdżkę quadami po pustyni za hotelem. Było bosko. Czułam się jak w jakimś filmie przygodowym… Na głowach arafatki, na oczach okulary… Wyglądaliśmy jak jacyś pustynni bandyci zasuwający na tych czworo kołowych motorach. Piach nam wpadał w usta, powietrze falowało od gorąca.. a my zasuwamy jak takie pustynne diabły. Coś niesamowitego. Dojechaliśmy do pięknego urwiska nad Morzem Czerwonym. Piękny widok zapierał nam dech w piersiach… 

Ja chce tam wrócić!!!!!Następnego dnia braliśmy udział w kolejnym fakultecie o nazwie Badaway – pustynna wyprawa. Też były quady.. ale też trochę innych atrakcji jak przejażdżka wielbłądem, konno czy gokardami. Przerwa na obiad. A później pędzimy jee’pami przez pustynie do Wioski Beduińskiej. Na koniec występy i późnym wieczorem wracamy do hotelu. Jeszcze zdążyliśmy na późną kolację..Resztę tygodnia spędzamy na leniuchowaniu na terenie ośrodka. Czas poprawić opaleniznę, popływać, pospacerować. Pomądrować się z hotelowymi sklepikarzami, którzy chcieliby zedrzeć skórę z turystów. Generalnie dzień mija na kąpielach zarówno słonecznych jak i wodnych. A wieczory po kolacji na animacjach w amfiteatrze lub przy drinku czy piwku w barze…

Mija tydzień..

Zaprzyjaźniamy się z panami, którzy codziennie sprzątają nam pokój i układają fajne zwierzaczki z ręczników.  Są naprawę sympatyczni… za każdym razem jak się widzimy mówią do nas : „cześć „ i „jak się masz?” Oczywiście odwzajemniamy im się kładąc na łóżku codziennie dwa banknoty jedno dolarowe….              

Sobota

W południe wybieramy się na wycieczkę objazdowa po Hurghadzie.. Czuje, że dopadł mnie lekki „faraon”… ale jakoś daję rade. W miejscowej aptece zaopatrujemy się w kilka opakowań antinalu .. tak na wszelki wypadek..… później bardzo się przydał. Objeżdżamy Hurghade wzdłuż i wszerz. Zaglądamy do Meczetu. Nie możemy tam niestety wejść. Nasz przewodnik Arab gada po polsku jak nakręcony. Trzeba dobrze się wsłuchać  żeby go zrozumieć. Odwiedzamy taki duży sklep z papirusami.. a później inny z różnymi pierdołkami gdzie kupujemy kilka na pamiątkę.. (jakieś koraliki… przyprawy…. Itd. ).. Mamy trochę czasu wolnego i łazimy po mieście…Generalnie jest bardzo sympatycznie……… miło spędzamy czas…



 
M & S, Powered by Joomla!;

\
linki Rodos | rejsy | Promocje Warszawa | Wisła noclegi - najlepszy nocleg w Wiśle